MKS Będzin – PGE Skra Bełchatów

Bardzo się cieszę, że mogę do Was wrócić akurat z takim tematem. Moim ulubionym. Siatkarskim. Choć nie ukrywam, że po tak długiej przerwie w pisaniu nie jest mi łatwo. Pomysłów w głowie było dużo… Do tej pory jednak nie potrafiłam ubrać myśli w słowa i powrócić do tej nielicznej grupy osób, które czytają mojego bloga (jest ktoś tam po drugiej stronie tak w ogóle?).

Temat jednak nasunął się sam… Przyszedł cicho i niepostrzeżenie, choć o mało i tego tematu mogłoby nie być. Ale coby nie przedłużać… Zacznijmy nietypową i niepowtarzalną, bo zupełnie inną relację z meczu na którym miałam okazję być wczoraj. Meczu mojej ukochanej drużyny, której nie widziałam… w zeszłym sezonie ligowym. Zresztą w zeszłym sezonie nie widziałam na „żywo” żadnego meczu, co tylko utwierdziło mnie w przekonaniu, że życie dorosłego człowieka (mimo że w dalszym ciągu mieszkającego z rodzicami) wcale nie jest takie łatwe i super. Ale przejdźmy do sedna.

To nie będzie typowa relacja z mnóstwem zdjęć ani opowieść o tym, kto i kiedy zdobył punkt i tak dalej. Dlaczego? Bo ja takie relacje to nie umiem… A poza tym nie miałam ze sobą aparatu, który zepsuł się DWA DNI (2!!!) przed moimi wakacjami we Włoszech (posta na ten wspaniały włoski temat możecie przeczytać tutaj: Moje wielkie… włosko-polskie wakacje), a zdana byłam na robienie zdjęć telefonem. Efektem tego jest fakt, iż moje zdjęcia wyglądają tak jakbym robiła je kalkulatorem, więc nie mam ich zbyt wielu.

img_20190111_173337

We wczorajszym meczu MKS Będzin podjął w sosnowieckiej hali PGE Skrę Bełchatów. Na bilety czekałam niecierpliwie (odliczałam sekundy do uruchomienia sprzedaży, bo może i nie byłam na żadnym meczu w zeszłym sezonie, ale dalej pamiętałam, które miejsce kupić, żeby… zdążyć mieć jakiekolwiek miejsce na meczu Skry, które może i nie jest wymarzone, ale dało mi okazję siedzieć po tej stronie boiska, żeby Skrzatów oglądać dłużej 😀 brzmię jak psychofanka). Chociaż po moich zdjęciach z wczorajszego meczu zastanawiam się czy by jednak nie pomyśleć o jakiejś zmianie… No nieważne.

Kiedy przybyłam na halę te około 45 minut wcześniej, rozgrzewka już trwała. Zanim zdjęłam z siebie 100000 warstw ubrań, ustawiłam swoją wielką torbę w miejscu, które nie zastawiało i tak już dość wąskiego przejścia, upchnęłam laptopa pod siedzenie, a czapkę do torby mogłam przyjrzeć się hali… I znowu poczuć to samo, co czułam przychodząc.. dwa sezony wcześniej… praktycznie na każdy mecz Będzina do tej cudacznej, sosnowieckiej hali.

img_20190111_165022

Szczęście, niebywała radość, ta niepowtarzalna atmosfera w hali, a nawet… typowy dla niej „zapach” (dementuję jakoby był to pot zawodników, na balkonie gdzie przeważnie siedzę na szczęście się go nie czuje). Niesamowite emocje towarzyszące mojej ukochanej dyscyplinie sportowej. Do tego doszło wczoraj jeszcze to, że przyjechała moja ulubiona drużyna. TA SAMA od kilkunastu lat. Niezmiennie. Zmieniali się zawodnicy, zmieniali się trenerzy. Były wzloty i upadki, radość ze zwycięstw i gorzki smak łez z powodu porażek. Ale moja „miłość” się nie zmieniła.. nie zmniejszyła. Zmniejszyła się jedynie liczba godzin, którą mogłam poświęcić zarówno śledzeniu tej dyscypliny, jak i poczynaniom mojej ulubionej drużyny. PGE Skry Bełchatów, bo to właśnie o tym teamie mowa.

img_20190111_180407

A zatem wracając do meritum. Kiedy w końcu mogłam się rozejrzeć, stwierdziłam, że coś mi w składzie Skry i Będzina nie pasuje. Z Będzinem sprawa jest o tyle jasna, że tam się nie zagłębiałam tak bardzo w jakiekolwiek zmiany w składzie, stąd musiałam się dokładnie przyjrzeć nowym (i starym – spotykanym od czasu do czasu Supersamie w Katowicach) twarzom. Z Bełchatowem jednak nie było to takie oczywiste. Większość zawodników jest na tyle znana, że nie miałam problemu z ich rozpoznaniem. No może z niektórymi i miałam problem, ale już nie zagłębiajmy się w to jakoś szczególnie.

Po kilku minutach jakże porywającej rozgrzewki (bo wszyscy wiemy, że rozgrzewka dostarcza emocji jak na grzybobraniu.. ten sam niski poziom – po pobudce o 4.20 tylko walczyłam, żeby nie zamykać oczu i nie zasnąć) doszłam co mi nie gra. Już pomijam ten jedynie 10-osobowy, okrojony skład Miszczów Polszy. Uświadomienie sobie tego przyszło tak nagle jak moje „letnie” ukłucie przez pszczołę. Szybko i boleśnie. Zadałam sobie jedno proste pytanie…

Ale że gdzie jest, przepraszam bardzo, Mariusz Wlazły?!

tenor

Ten sam Mariusz Wlazły.

Mój ulubiony siatkarz od jakichś kilkunastu lat niezmiennie. Włączyłam swój jakże idealny wzrok szukając chudzinki wprowadzającej piłkę do gry z prędkością światła. Nic to nie dało. Po prostu go nie było z powodu kontuzji.

Zanim zdążyłam się całkowicie zamknąć na mecz z powodu tego braku, na szczęście pozostali zawodnicy już zdążyli rozpocząć grę. Jako że mecz był transmitowany w telewizji na pewno wiecie co, jak, kiedy i za ile. 🙂 Prawda jest taka, że mimo faktu, iż Będzin miał jakieś takie chwilowe odpały (jak sylwestrowe fajerwerki, które niby coś tam strzelają, ale dupy jednak nie urywają), a niektóre akcje Będzinian nie były najgorsze, to umówmy się… Nie było innego scenariusza zakończenia tego meczu. Może i poziom rozgrywki nie był imponujący, ale… do jednej bramki. Będzin lubię.. Nic do nich nie mam, dzięki nim mogę uczestniczyć w tak wspaniałym przedsięwzięciu, jakim jest siatkówka i im szczerze kibicuję, to wygrana Bełchatowa cieszy zawsze bardziej.

img_20190111_181347

 

 

 

 

 

img_20190111_180009

 

 

 

 

 

Mecz był krótki (1,5 godziny z prysznicem), ale nie wyobrażacie sobie jak moja obecność na nim mnie cieszyła. A żeby wam nakreślić jak bardzo to powinniście wiedzieć, jak kibicuje taki skrajny introwertyk jak ja.

Otóż. „Wewnątrz” jestem wzorowym kibicem. Mam wrażenie,  że moje nerki, wątroba i serducho napierdzielają ze szczęścia flamenco niczym Sheldon Cooper w Teorii wielkiego podrywu:

scalyhospitableegret-size_restricted

Na swój własny sposób uwielbiam tę meczową otoczkę i atmosferę, chociaż w takie klaskanie, dopingowanie to ja nie umiem niestety. Znaczy umiem, ale na swój własny, introwertyczny sposób – tylko wtedy, kiedy jest to naprawdę konieczne. Chociaż nie mogę powiedzieć, bo cała ta otoczka zawsze mnie cieszy. Siatkówka jest tak cudownym sportem, że nie muszę się niczego obawiać. Ba! Mogę zapomnieć na te parę minut o problemach, zmartwieniach, smutkach i skupić myśli jedynie na danym meczu. I choć moja mina introwertyka wskazuje na to, mam ochotę zabić pół sektora, bo mi wszyscy krzyczą i klaszczą za uchem, szturchają i dmuchają w kark… Przez co człowiek jest taki jakby bardziej zdenerwowany (a dodatkowo, jakby to powiedział Rafał Pacześ  >TUTAJ<  w takich momentach jego  „podświadomość wysyła innym nienachalne zaproszenie do wkurwu” :D, to gruncie rzeczy tak nie jest… Przynajmniej podczas meczy siatkówki. I to mojej ulubionej drużyny. Co innego po meczach siatkarskich, ale to już nie temat tego posta.

A że wczoraj miałam okazję przypomnieć sobie, jakim siatkówka jest wyjątkowym sportem, a kibicowanie wbrew pozorom nie sprawia mi aż tak wielkiego problemu, to postanowiłam znowu praktykować swoje „uzależnienie” częściej. Ale może już nie będę jeździć na mecze sama… 😀

A na koniec trochę suchych faktów coby relacja był pełna:

MKS Będzin 0:3 PGE Skra Bełchatów 

(22:25, 14:25, 20:25)

 

 

 

 

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s