Moje wielkie… włosko-polskie wakacje

Długo zbierałam się do napisania tego „wakacyjno-podróżniczego” posta. Właśnie zdałam sobie sprawę, że równy miesiąc temu o podobnej porze… Siedziałam sobie wygodnie w samolocie… Powrotnym do domu. To niewiarygodne, że czas tak szybko ucieka. Nim się obejrzymy, a już mija miesiąc… rok..

Dlatego ja postanowiłam na chwilę się zatrzymać. I powspominać. Bo mimo że nie powinno się żyć przeszłością… To biorąc pod uwagę, że kolejne lato, a zatem i kolejne wakacje dopiero za rok, to chętnie powspominam i rozgrzeję swoje (a mam nadzieję, że i wasze również) kości w obliczu faktu, iż nadchodzi ziiiiima (którą osobiście uwielbiam), ale po ostatnich wakacjach jestem w stanie zaakceptować również lato.

Zatem zapraszam Was do mojej włosko-polskiej bajki…

DSC02468

Bajki o tym jak największy introwertyk świata (w mojej skromnej osobie) wyruszył w pierwszą (i na pewno nie ostatnią) podróż życia. Do tego samotną… No może prawie samotną, bo w końcu bez koleżanek, przyjaciółek oraz ich chłopaków bądź mężów, ale za to dla odmiany ze znajomym, którego poznał w czeluściach internetów. Do dziś pamiętam reakcje wszystkich, którym powiedziałam o moich planach wyjechania na 2 tygodnie z kimś kogo widziałam jedynie na Facebooku i raz na Skype. Nie były to wesołe reakcje. Zatem niezmiennie mam gdzieś z tyłu głowy te same pytania: Nie boisz się?!?!? A co jeśli on Ci coś zrobi?!?! Jeśli się tam zgubisz??! Jeśli samolot się roztrzaska??!?

I kiedy doszłam do wniosku, że jednak naprawdę się boję… że coś mi się stanie albo się zgubię, albo samolot się roztrzaska, to już opłaciłam hotele, samoloty i w zasadzie wszystko dopięłam na ostatni guzik. I nie muszę mówić, że wbrew niektórym „przeciwnościom”, które pojawiły się już w trakcie podróży, nie żałuję. W dodatku przeżyłam, nie roztrzaskałam się (a w zasadzie żaden z trzech samolotów, którymi leciałam w przeciągu jednego tygodnia). I w zasadzie tęsknię za tym czasem, szczególnie biorąc pod uwagę fakt, że były to moje pierwsze „prawdziwe”, dwutygodniowe wakacje, które nie były tymi żenującymi koloniami, podczas których płakałam za mamą i tatą (wspominałam już, że jestem introwertykiem i kiedyś o wiele bardziej niż teraz nie lubiłam nowo poznanych ludzi?)

Za czym tęsknię pytacie? No to zapraszam was w polsko-włoską, fotograficzną podróż… Telefonem. 🙂

Polska… Znana i nieznana.

DSC02404

Mówi się, że cudze chwalicie, swego nie znacie. Być może i mimo że nie jestem jakąś nadmierną patriotką (wyczuwam lincz :D), to trzeba przyznać, że odezwała się we mnie moja „turystyczna” dusza i musiałam zabawić się w organizatora po bądź co bądź pięknej Polsce. A że czasu na zwiedzanie z moim włoskim towarzyszem – podróżnikiem nie było zbyt wiele to i plan był dość napięty, a ja mimo wszystko uwielbiam nasze (turystyczne do wyrzygu) miasta, które znalazły się na liście do zwiedzania.

Przygotowania zaczęłam już z kilkutygodniowym wyprzedzeniem, choć kiedy już doszło do podróży, to miałam dziwne przeczucie, że… wszystko mogłoby wyjść jakoś inaczej. Może lepiej?

Jednak miło było wrócić do.. Krakowa, Wrocławia, Cieszyna (po kilkunastu latach.. już nie jako gówniara, a kurde prawdziwa „organizatorka”), Zakopanego czy Warszawy. Ale wiecie co było cudowniejsze w tej podróży. ŻE SIĘ NIE ZGUBIŁAM! 😀 Do tej pory podróżowałam z kimś, kto ogarniał rzeczy organizacyjne za mnie. Nie musiałam się martwić jak dotrzeć w najciekawsze miejsca. Po prostu podążałam za kimś, co z punktu widzenia osoby, która gubi się nawet w centrum handlowym, było niezwykle wygodne. A teraz? To ja musiałam „prowadzić”. To nic, że… W miarę względnie udało mi się nie zgubić „na mieście”, a zgubiłam się… na dworcu centralnym w Warszawie. No jak to mówią… Zdarza się najlepszym.

Ale wiecie co jest najlepsze w polskiej części moich wakacji? To, że naprawdę udało mi się sprawić radość (jakkolwiek dziwnie to brzmi) mojemu towarzyszowi. Nie muszę ukrywać, że codzienne podróżowanie do innych miejsc było niezwykle… męczące dla takiego leniwca jak ja. Ale fajnie jest widzieć, że to co robisz w życiu dla kogoś (nawet jeśli są to tylko wakacje)… jest przez tego kogoś doceniane. I może co prawda schabowego czy pierogów nie robiłam sama, ale muszę przyznać, że polska kuchnia jest accepted również przez Włocha.. żyjącego w kraju pizzy i lasagne, które mogłabym jeść co chwilę i zagryzać jedno drugim… gdyby nie były tak niezdrowe. 

Włochy… Bardzo nieznane. 

IMG_20180823_142157

Jednak prawdziwą częścią tej wakacyjnej bajki introwertyka były Włochy. Kierunek o którym przez wszystkie lata jedynie marzyłam. A tymczasem moje marzenia miały się urzeczywistnić szybciej niż mi się wydawało. Nie przeszkodził mi fakt, że ja NIE ZNOSZĘ lata, wysokich temperatur nawet w Polsce. Zatem do Włoch wybrałam się właśnie… Latem. Na przekór samej sobie. Bo kto szalonemu zabroni. 😀

Wszystkie drogi prowadzą do Rzymu.

IMG_20180822_112551

Moją docelową destynacją miała być Sardynia, bo właśnie stamtąd pochodzi mój włoski kolega. Jako że postanowiłam planować te wakacje z przytupem, to pomyślałam sobie, że skoro planuję wakacje we Włoszech… Jakże krótkie wakacje do tego, bo aż tygodniowe… To doszłam do wniosku, że chciałabym zobaczyć coś więcej niż tę ogromną odciętą od świata wyspę. Więc mądra Ania doszła do wniosku, że KONIECZNIE MUSI zobaczyć Rzym. Dotychczas podziwiany jedynie na zdjęciach z internetów bądź na Facebooku kolegów i koleżanek, którzy byli tam już wcześniej. Przyznam szczerze, że Rzym był jednym z takich miejsc… Którego nie sądziłam, że będę miała kiedykolwiek okazję zobaczyć na żywo. Tymczasem… Musiałam go zwiedzić w jeden dzień.

No i muszę wam powiedzieć, że mam mieszane uczucia. To znaczy nie mam tutaj na myśli tego, że Rzym jest brzydki czy coś w tym stylu. Był dokładnie taki, jak go sobie wyobrażałam. Ale ilość ludzi w jednym miejscu… Przerosła mnie. To znaczy nie żebym się nie spodziewała. Nasze polskie miasta i tamtejszy „turystyczny” tłok… To nic w porównaniu z tamtejszym tłokiem, to zupełne… NIC. 😀 Dlatego muszę stwierdzić, że… Moja introwertyczna dusza cierpiała katusze… Ale toż to Rzym!! 😀 Było warto przecierpieć te oddechy wszystkich ludzi (w tym miliarda Polaków). 😀

Dzika Sardynia

Jak już wspominałam podczas mojej wielkiej włoskiej zabawy podróżowałam aż trzykrotnie samolotem (z którego ŻODYN się nie roztrzaskał, czego wszyscy się obawiali zanim jeszcze zdążyłam do nich wsiąść). I wiecie co? Mogłabym latać codziennie. 😀 Gdyby tylko się nie opóźniały i nie wyrywały flaków przy lądowaniu. 😀 No i dzięki jednemu z nich dotarłam na najpiękniejszą Sardynię.

Pełną „starości” (ale w pozytywnym tego słowa znaczeniu), plaż… palm na każdym zakręcie oraz aloesu rosnącego w miejskich doniczkach. Jak tu się nie zachwycać?!? 😀 No i te plaże Cala Mosca, Poetto, Nora, Chia. A to jedynie niewielki skrawek tych cudownych plaż, które miałam okazję zobaczyć. I taplając się w morzu poczuć się momentami jak w Bałtyku. 😀 Ale żeby nie było tylko momentami. 😀

No i muszę przyznać, że o ile w Polsce też możemy pochwalić się historycznie ciekawymi miejscami, zabytkami, o tyle Włochy (no w moim przypadku jedynie Sardynia + Rzym) wręcz ociekają historią na każdym kroku. Tam historia jest nie tylko w starych budowlach, to wręcz wypluwana jest z każdego (no prawie :D) kamienia, co jest fantastyczne. 😉 Choć muszę przyznać, że na miejscu chwilami tego nie doceniałam. 😀

No i jak już wspominałam… Ta dziwaczna, tak inna od naszej roślinność. I popalone od upałów trawy. Mogłabym się przyzwyczaić do tych wszystkich palm na każdym roku. 😀 I nie, palmy na katowickim rynku ani trochę mi się nie podobają. Jedynie przypominają o moich wspaniałych wakacjach! 😀

 

Nie sposób na sam koniec nie wspomnieć o ludziach. Mentalność Włochów moim skromnym zdaniem diametralnie różni się od naszej polskiej. Zauważyłam, że tam na Sardynii panuje jakiś totalny brak stresu. Ludzie są jacyś tacy bardziej opanowani, jakby mieli na wszystko totalnie wyrąbane. I wiecie co, to jest piękne! Też bym chciała tak się niczym nie przejmować, pić tę kawę co rano w różnych kawiarniach i potrafić tak wyluzować. Coś wspaniałego. 😀 Nic tylko uczyć się teraz włoskiego i wracać jak najszybciej. Ale już nie latem. 😀

Zatem… Oddajcie mi wakacje! 😀

Albo chociaż opowiedzcie o swoich wakacjach! 🙂

4 Comments

  1. Gratuluję fajnej przygody i tego, że się nie wystraszyłas krakania. Najpierw pokazać koledze trochę Polski, potem pozwolić sobie pokazać Italię, to naprawdę fantastyczny pomysł. Szkoda tylko, że zdjęcia takie małe, niw mogłam się nalezycie pozachwycać. Życzę Ci wielu takich spontanicznych wyjazdów. A na Centralnym tez się gubię, zawsze:)

    Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s