Gdynia – Ironman – Gdańsk

Tydzień od dnia wyjazdu na wolontariat do Gdyni to idealny czas na napisanie posta właśnie na ten temat – posta o super przygodzie, która w pewnym sensie… zmieniła mnie i… moje zachowanie, i stosunki wobec ludzi (mam nadzieję, że na lepsze :D).

Na początku zachęcam do odtworzenia sobie piosenki (>TU<), która towarzyszyła mi w trakcie imprezy, w której miałam okazję brać udział. Mam nadzieję, że dzięki temu choć trochę udzieli się wam atmosfera  tamtego czasu. Ale jak na razie mój wpis brzmi trochę tajemniczo, więc już biegnę z wyjaśnieniem, o co mi właściwie chodzi.

Miałam niebywałą okazję być wolontariuszką w triathlonie – Enea IRONMAN 70.3 Gdynia powered by Herbalife 2017. Dzięki temu od piątku do poniedziałku spędziłam bardzo przyjemny czas nad morzem, o czym kilka tygodni wcześniej nawet nie marzyłam. Ale od początku. 🙂

Gdynia przywitała nas… ogromnie silnym wiatrem. Przeraźliwie ogromnym wręcz. Nie dajmy się jednak zwieść pozorom. Ten skromny wiaterek oczywiście dał czadu i spalił mi twarz i łydki. Także brawo.. ja? Brawo.. słońce? Skrywające się za chmurzyskami, ale dolewające do pieca również. Po całonocnej podróży pociągiem (oczywiście nieprzespanej, bo jakże by inaczej. Po co spać, skoro w dzień czeka cię masa roboty) dotarliśmy do tegoż nadmorskiego miasta. Co mogę powiedzieć o Gdyni? (muszę Wam dawkować emocje.. pełna chronologia, o samym triathlonie będzie za chwilę).

Gdynia… Cóż. Z pewnością niewiele mogę powiedzieć, bo nie zwiedziłam jej w całości, a jedynie ścisłe centrum, więc moja opinia może nie być zbyt… Fair? Sama nie wiem. Po tym co zobaczyłam i zwiedziłam… Uważam, że Gdynia jest całkiem…zwyczajna. Oczywiście jest tam morze (a raczej ten kawałeczek, który ja zaszczyciłam swoją obecnością, więc nie wiem, jak to wygląda dalej), więc jaram się. Były mewy, były statki (Regina tęsknię za twoim „zaproszeniem” na rejs „bajkowym statkiem”), było słońce, był jod… Więc taka namiastka wakacji bardzo na plus. Jeśli chodzi o coś, co mnie urzekło najbardziej, a wręcz powaliło na kolana. Hmm… No nic. Może następnym razem, jak będę miała dla ciebie Gdynio więcej czasu. Tym bardziej, że zjarałam się dość dziwnie, bo na zeberkę, ale no wybaczam. Takie uroki „wakacji”. Jakieś opalenizny są wpisane w ryzyko „wakacyjne”. Najważniejsze, że pomimo obowiązków miałam czas na reset od mojego zwyczajnego życia. Zmiana otoczenia, nowi ludzie, miejsce. Generalnie wszystko na plus. Także po zebraniu tych wszystkich czynników, daję ci Gdynio.. Mocne 2/10. Nie no oczywiście żartuję, daję więcej. Aczkolwiek nie mogę się zdecydować… Zwyczajność Gdyni jest zbyt zwyczajna. Przynajmniej według mnie. A Wy lubicie Gdynię?

2

Dla odmiany triathlon już nie był taki zwyczajny. Wręcz przeciwnie. Muszę przyznać, że przed wyjazdem miałam sprzeczne uczucia co do samego wyjazdu. Jechać? Czy nie jechać? Po ostatnim wolontariacie moje odczucia co do tej „formy spędzania wolnego czasu” były niezbyt przychylne, więc to doświadczenie wcale nie pomagało mi podjąć decyzji. Jaki był tego skutek? Zgłosiłam się jeden dzień po zakończeniu.. zgłaszania się. Także tyle wygrać. 🙂

Więc co mogę na ten temat powiedzieć. Jechałam pełna obaw, zwłaszcza jak dowiedziałam się, że na miejsce zbiórki mam się wstawić bez moich ziomków. JA! Totalny introwertyk, który boi się ludzi (a właściwie uznać można, że bał… Jak pisałam na początku, po tym wyjeździe coś we mnie pękło.. mam nadzieję). Oczywiście bałam się, że znowu braknie mi języka w gębie i oczywiście na początku tak było. Na całe szczęście wraz z ruszającym pociągiem zaczęła powoli ruszać również moja odwaga. A później było już tylko lepiej.

1

Nie zrażało mnie nawet pełne słońce (oczywiście nie znoszę go za te zeberkowe opalenizny-spalenizny, ale dało się przeżyć). Dlaczego? Bo trafiłam na grupę super ludzi. Co prawda średnia wieku mojego teamu była „pod kreską” pełnoletności, ale o dziwo udało się złapać wspólny język (aż za bardzo?). Fajna współpraca, która pomimo kilku zgrzytów, była naprawdę super. Wszystko do ogarnięcia, więc nawet obowiązki i konieczność ich wykonania stawały się przyjemnością.

Jednak to co zachwyciło mnie najbardziej to nie ilość obowiązków do wykonania na pełnym słońcu bądź strasznym wietrze. Zachwycili mnie sami zawodnicy. Bynajmniej nie mam tu na myśli tych znanych, których zobaczyłam gdzieś ukradkiem (mniej lub bardziej).

IMG_20170805_084947

Urzekli mnie prawdziwi bohaterowie, którzy pokazują, że ma żadnych barier. Nie istnieją żadne przeszkody, które przeszkodziłyby nam w realizacji naszych marzeń. Tych najskrytszych i często najtrudniejszych do zrealizowania. Nie jest problemem przemierzenie tak ogromnego dystansu, do którego realizacji potrzebny jest morderczy wysiłek, przez starszego pana o kuli, drugiego o dwóch kulach, innego z protezą ręki czy niewidomego, ojca małych dzieci czy mężczyzn w podeszłym wieku. Co więcej… Zawody te pokazały mi człowieka, który przywraca wiarę w ludzi.. Człowieka, którego serce jest tak ogromne, że zabrał ze sobą w tę morderczą „podróż” małego, niepełnosprawnego chłopca, po czym następnego dnia wystartował ponownie sam (także była moc). Właśnie takie czyny w moich oczach zrobiły z tych ludzi moich bohaterów. Od tego czasu zawsze będę o nich pamiętać przed treningiem, którego nie będzie mi się chciało wykonywać. Bo jaka będzie moja wymówka? Że mi się nie chce? Nie brzmi to przekonująco. Zwłaszcza jeśli miałabym to powiedzieć tym ludziom w twarz.

O pamiętaniu o tych ludziach nie przeszkodzi mi nawet after party… Podczas którego mnie poniosło, ale nie wnikajmy. 🙂 To potwierdziło tylko to, jak super było podczas tego wyjazdu.

No i Gdańsk <3. Co tu mówić więcej. Gdańsk sam w sobie mnie urzeka, nawet po tych kilku wizytach tam. Niby nic się nie zmienia, niby Jarmark Dominikański taki sam, niby Neptun i żuraw stoją w tym samym miejscu, ale jak tu się nie zachwycać. No nie da się! Wciąż tak samo uroczy i genialny. Nawet jeśli słońce przygrzewa zbyt mocno. Ale można mu to wybaczyć. Głównie dlatego, że w porównaniu ze zwyczajną Gdynią i lansiarskim, ale nudnawym Sopotem, Gdańsk wypada (moim skromnym zdaniem oczywiście, więc nie bijcie! ) najbardziej urokliwie i w ogóle wow. No bo jak tu się nie zakochać w takich widokach, takiej architekturze i takim… wszystkim:

3

Podsumowując (to chyba jeden z dłuższych postów będzie..). Wyjazd bardzo, bardzo na plus. Pozwolił mi pozwiedzać, „popracować”, ale przede wszystkim poznać super ludzi. A co za tym idzie.. Otworzyć się. Mam nadzieję, że pękła moja introwertyczna skorupka dzięki temu wyjazdowi. Co więcej… Przed wyjazdem miałam w planach napisać posta o tym jaka to ze mnie introwertyczka. W zasadzie teraz nie wiem, czy taki post ma sens. Ale może i ma? W każdym razie oczekujcie. Jak nie ten post, to inny.. Pomysły mam, byle chęci były. 🙂

A jeśli podobał się Wam mój post, to zapraszam również na Facebooka. Dacie lajka, to będziecie na bieżąco. 🙂

11 Comments

  1. Jaka z Ciebie introwertyczka- pokazujesz siebie na zdjęciach! 😉

    Ja też nie umiem spać w pociągu, po całonocnej podróży ja oczy na zapałki, a wszyscy inni wyspani….

    Wymienieni przez Ciebie zawodnicy niepełnosprawni w triathlonie- coś niesamowitego, ileż determinacji i pokonywania własnych ograniczeń- hart ducha stalowy!

    Polubione przez 1 osoba

  2. Ja już nie mogę się doczekać, kiedy odwiedzę Trójmiasto. Może w końcu zamiast szukać biletów na koniec świata znajdę chwilę na te krajowe 😉 Osoby, które opisujesz są prawdziwym motorem do działania!!

    Polubione przez 1 osoba

    1. Sama chętnie się zamienię, też bym poleciała na koniec świata. 🙂 a co do osób, o których pisałam. Tak to prawda. Nie trzeba wiele, żeby stać się bohaterem. 🙂

      Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s